2007
2006
2005
lexUS
 


Kraje, w których straszy - Karolina Mądra - 20.02.2006
 

          W pewnym środkowoeuropejskim kraju ukazuje się lista współpracowników komunistycznych służb bezpieczeństwa. Dziennikarz zatrudniony w piśmie publikującym wykaz traci pracę i natychmiast zatrudnia się u konkurencji, by mógł opisać swój udział w działaniach, o jakie się go oskarża. Później pojawiają się kolejne listy agentów, współpracowników i informatorów upubliczniane dzięki wyniesieniu ich przez pracowników organizacji, która przejęła archiwa dawnych służb bezpieczeństwa. Oczywiście listy są niesprawdzone, zawierają nazwiska wielu osób, które już nie żyją bądź nie miały z pracą tajnej policji nic wspólnego. Nazwiska innych znalazły się tam na skutek zainteresowania służb specjalnych tymi osobami jako ewentualnymi kandydatami na informatorów – zwykle bez ich wiedzy. Media publikujące listy „agentów” notują zwielokrotnione zyski. Wiecie o kim chcę napisać? A może tak tylko się Wam wydaje?

 Pewna dziennikarka dociera do człowieka odpowiedzialnego za publikację tychże list.
„- Czy opublikowanie nazwisk było w porządku?
- Nie, nie sądzę, że to jest w porządku. Byłoby jednak w porządku, gdyby wszyscy komunistyczni zbrodniarze stanęli przed sądem. Bezbronne społeczeństwo musi używać jedynych środków jakimi dysponuje.” - odpowiada Petr Cibulka, redaktor naczelny pisma „Rudé Krávo. Jest rok 1992 i „Rudé Krávo" („Czerwona krowa" nawiązanie do tytułu komunistycznej gazety „Rudé právo”-”Czerwone prawo”) - czechosłowackie prawicowe pismo satyryczne – opublikowało listę ok.160 000 nazwisk (liczba porównywalna do objętości listy Wildsteina), a więc oskarżyła o kontakty z StB (czechosłowacką komunistyczną służbą bezpieczeństwa) co siedemdziesiątego obywatela Czechosłowacji. Nietrudno było przewidzieć konsekwencje. Oblężenie siedzib IPN-u na początku 2005 roku było niczym przy tamtym zamieszaniu. W końcu raptem co dwieście trzydziesty Polak był na liście redaktora W. 13 lat wcześniej przez kraj naszych południowych sąsiadów przelała się „dzika lustracja”. Ludzie tracili pracę i przyjaciół, ich domostwa były „ozdabiane” oskarżeniami o kolaborację. Czesi i Słowacy zarówno przez działania organów państwa, jak i przez różne inicjatywy oddolne (takie jak akcja „Rudégo Kráva”) rozliczyli się z byłym systemem szybko lecz boleśnie.
          Inaczej nieco zrobili Niemcy z byłego NRD. Ich ustawa lustracyjna jest stawiana za wzór innym państwom regionu, ale i tu nie ustrzeżono się błędów. W Niemczech każdy może zobaczyć swoją "teczkę" - także współpracownik Stasi. Akta wydawane są według bardzo ścisłych reguł. Jeśli wydano akta tajnego współpracownika, który jest, powiedzmy, dyrektorem szkoły, to tych dokumentów wolno użyć tylko przy podejmowaniu lokalnych decyzji personalnych. Jeśli jakiś dziennikarz lub uczony występuje o akta do celów badawczych, to może je wykorzystać, ale i tu są reguły. Nie wszystko, co dostaje, może opublikować. Surowe reguły dotyczą ofiar, a więc ludzi, których Stasi prześladowała. Natomiast akta pracowników lub tajnych współpracowników nie są tak chronione i można je publikować. Absolutnym tabu jest natomiast sfera prywatna - także jeśli chodzi o współpracowników. Zdrowie, stosunki rodzinne, problemy finansowe, życie emocjonalne - informacje o tych sprawach można publikować tylko za zgodą zainteresowanych. Bez względu na to, czy ktoś jest prominentem czy zwykłym obywatelem.
          Jak ten proces wygląda dziś w Polsce, jesteście w stanie, drodzy Czytelnicy, przekonać się sami. Według ustawy lustracyjnej zobowiązanymi do składania oświadczeń lustracyjnych są: Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, poseł, senator oraz osoba powołana, wybrana lub mianowana na (...) kierownicze stanowisko państwowe, (...), Szef Służby Cywilnej, dyrektor generalny w ministerstwie, urzędzie centralnym lub urzędzie wojewódzkim oraz sędzia, prokurator i adwokat, a także rektor, prorektor, kierownik podstawowej jednostki organizacyjnej w publicznej i niepublicznej szkole wyższej, członek Rady Głównej Szkolnictwa Wyższego i członek Państwowej Komisji Akredytacyjnej, członek Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów. Ich oświadczenia na wniosek Rzecznika Interesu Publicznego bada Sąd Apelacyjny w Warszawie, od orzeczenia którego można wnieść kasację do Sądu Najwyższego. W tym stanie prawnym szykują się pewne zmiany, z których najgłośniejszym echem odbijają się plany poszerzenia grona osób zobowiązanych do składania oświadczeń zwłaszcza o radnych, wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, notariuszy i radców prawnych; dziekanów oraz osoby zajmujące kierownicze stanowiska w mediach.

          Lustrację wpisującą się w szerszy problem dekomunizacji krajów Europy Środkowej przedstawia książka Tiny Rosenberg – cytowanej wcześniej dziennikarki badającej problem publikacji „list agentów” w Czechosłowacji - „Kraje w których straszy. Europa Środkowa w obliczu upiorów komunizmu”. Miłośników gatunku ostrzegam – nie jest to horror, choć dzięki talentowi narracyjnemu autorki czyta się jak dobry dreszczowiec. Nie jest to też książka nowa, (dostępna raczej w bibliotekach niż księgarniach) weszła na nasz rynek w 1997 roku, a materiały do niej Rosenberg zbierała podróżując po byłym NRD, Polsce i Czechosłowacji w latach 1991-94. Stąd niektóre przedstawione w niej prognozy czy fakty możemy zweryfikować i zobaczyć w zupełnie innym świetle niż dziennikarka.
          Co ważne – nie jest to zbiór suchych faktów, cyfr i danych zebranych na 450 stronach. Autorka przedstawia najgorętszy temat dyskusji politycznych ostatnich lat z perspektywy jednostek – zwykłych ludzi, zarówno ofiar systemu – inwigilowanych, prześladowanych w czasach komunizmu, jak i ich szpiegów, prześladowców, twórców ustroju dyskryminacji i walki z opozycją. To zbiór ludzkich historii, głównie tragicznych, których bohaterowie byli prześladowani albo przez „stary” albo przez „nowy” system, a także tych, którzy czują się ofiarami obu. To opowieść o działaczce pokojowego ruchu dysydenckiego, która była szpiegowana przez własnego męża; o opozycyjnym wobec metod gospodarczych stosowanych przez komunistyczny rząd profesorze ekonomii, który za swą działalność musiał pracować przez 20 lat przy oczyszczaniu stawów, a potem w ramach lustracji został zmuszony do zrzeczenia się mandatu parlamentarnego uzyskanego w pierwszych demokratycznych wyborach. To też opowieść o człowieku, który zesłany wraz z rodziną na Syberię przez bolszewików powrócił stamtąd w armii gen. Berlinga z silnym przekonaniem, że pokonać i przeciwstawić się ZSRR po prostu się nie da – trzeba się podporządkować. A także wiele, wiele innych historii.
          Rosenberg śledziła wprowadzanie w życie ustawy lustracyjnej w Czechosłowacji i proces strażników Muru Berlińskiego, którzy strzelali do ostatnich ofiar wewnątrzniemieckiej granicy. W Polsce zaś skupiła się na postaci gen. Jaruzelskiego i najbardziej brzemiennej w skutki decyzji jego życia – wprowadzeniu stanu wojennego. Dziennikarka jest Amerykanką, dzięki czemu nie traktuje tematu osobiście, stara się  przedstawić wszystkie możliwe punkty widzenia, prezentuje ogromne ilości opinii bohaterów swej książki i bardzo szerokie tło historyczne omawianych zdarzeń. Dodatkowo daje czytelnikowi szanse porównania procesów zachodzących w naszym regionie w latach dziewięćdziesiątych do tego, co się działo wcześniej w krajach Ameryki Łacińskiej, gdzie pracowała jako reporterka, gdy wyzwalały się one z podobnych komunizmowi systemów totalitarnych. Za tę książkę autorka otrzymała w 1996 roku nagrodę Pulitzera. Rosenberg skupia się na tym, co politycy, naukowcy i zwykli ludzie pomijają w dyskusjach o lustracji i dekomunizacji – kwestii odpowiedzialności jednostki za działania systemu. I to zarówno jednostki, która jak Wojciech Jaruzelski czy Erich Honecker trzymała w swych rękach niemal nieograniczoną władzę, jak i zwykłego obywatela, który w trosce o większy komfort życia był skłonny „życzliwie” zainteresować się postępowaniem sąsiada czy przyjaciela bądź po prostu „przymykać oko” na to, co spotyka tego człowieka i jego rodzinę ze strony organów władzy.
          Kierując swe dzieło głównie do własnych rodaków, Rosenberg stara się im jak najbardziej przybliżyć lokalny koloryt Europy Środkowej, czasem w dość intrygujący dla nas sposób, np. stwierdzając, że „Słowacja nadal jest sennym krajem pasterskim, jakby stan Alabama plus narciarstwo”, bądź opisując blokowisko z wielkiej płyty – „Miasto wygląda jak scenografia kreskówki <>” :-). Cytuje też często wypowiedzi polityków o komunizmie i dekomunizacji, które dziś budziłyby pewną konsternację („Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Nie będziemy wysnuwać programów politycznych, a w żadnym razie ich realizować” – Lecha Wałęsy z wiosny 1981r., czy „Twórcy stanu wojennego powinni chyba zostać powieszeni” Jarosława Kaczyńskiego).
          Ale książkę tę warto przeczytać przede wszystkim dlatego, że stawia pytania i zbiera odpowiedzi dotykające istoty trwania totalitaryzmów: Gdzie w codziennym życiu obywatela państwa totalitarnego kończy się neutralność a zaczyna współpraca z systemem? Czy wszystko co robiło się dla swej Ojczyzny, oznaczało współpracę? Jak rozdzielić porządnych obywateli–patriotów od współtwórców systemu represji? I jak ich oceniać? Jak i czy w ogóle należy ich sądzić? Jak ukarać winnych, by jednocześnie nie wzbudzić w nich syndromu ofiar prześladowanych przez zwycięzców?
 Innymi słowy, laureatka nagrody Pulitzera rozbija kreowany przez polityków czarno-biały świat na wszelkie możliwe odcienie szarości i – co w każdej książce najcenniejsze – zmusza do myślenia.

Tina Rosenberg „Kraje, w których straszy. Europa Środkowa w obliczu upiorów komunizmu”
Wydawnictwo REBIS 1997

Karolina Mądra




 
eduks.pl