strona główna
nowość- Pekin 2008
wyniki sportowe
ranking na świecie
kalendarz imprez
aktualności
więcej o mnie
trener
sponsorzy
galeria
filmy z zawodów
artykuły z gazet
ciekawe linki
podręcznik pływaka długodystansowego (ang.)
kanał La Manche
historia pływania długodystansowego
Puchary Świata 2005
triathlon
kontakt
deutsch
english
 
 

"Mój powrót do życia. Nie tylko o kolarstwie"

"Liczy się każda sekunda"

fragment z pierwszej książki Lance'a ( "Mój powrót do życia..." ):

Mój powrót do życia... to opowieść o triumfie, tragedii, transformacji i transcendencji kolarza wszechczasów, Lance'a Armstronga, jego dzieciństwie, wczesnych sukcesach, walce z rakiem, leczeniu, powrocie do życia, małżeństwie i pierwszych chwilach ojcostwa. Zwycięstwo Lance'a Armstronga w kolarskim wyścigu "Tour de France" zostało okrzyknięte "pamiętnym wydarzeniem w historii sportu ostatniego wieku". W 1996 roku Lance Armstrong założył fundację swojego imienia - organizację charytatywną, wspierającą wszelkie działania mające na celu walkę z chorobą nowotworową.

(...) Chcę umrzeć w wieku stu lat z amerykańską flagą na plecach i gwiazdą Teksasu na kasku, z okrzykiem radości na ustach, sunąc na rowerze stromą alpejską drogą z szybkością 120 kilometrów na godzinę. Chcę jeszcze raz przejechać linię mety i zobaczyć pełną wigoru żonę i nasze dzieci, klaszczące na mój widok. Chcę położyć się na słynnym francuskim polu słoneczników i tam z poczuciem spełnienia oddać ducha. Byłoby to absolutne przeciwieństwo doświadczonego kiedyś przeze mnie, smutnego i przerażającego, umierania w młodym wieku. Powolna śmierć to nie dla mnie. Niczego nie robię powoli! Nie umiem nawet powoli oddychać. Wszystko wykonuję na najwyższych obrotach: szybko jem, szybko śpię. Do szału doprowadza mnie moja żona Kristin, kiedy prowadząc samochód, zatrzymuje się już na żółtym świetle. Wtedy siedząc na fotelu pasażera niecierpliwie wykrzykuję do niej:
- Jedziesz jak baba!
- Lance - odpowiada - powinieneś ożenić się z mężczyzną.

 

W 1985 roku mijało dziewięć lat odkąd zaczęłam prowadzić rozeznania i pracę nad projektem przepłynięcia wpław Cieśniny Beringa. Każdego dnia wysyłałam co najmniej jeden list do urzędników i władz zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Związku Radzieckim z prośbą o zezwolenie na moje przedsięwzięcie. Aby móc płacić rachunki, podjęłam się pracy w bibliotece, pisałam artykuły, uczyłam pływania i pracowałam z grupą rehabilitantów. Praca w bibliotece była bardzo przydatna i pomocna - podczas przerw zbierałam informacje na temat Związku Radzieckiego albo rozmawiałam z innymi pracownikami biblioteki, by dowiedzieć się, czy mieli jakieś inne pomysły, jak nawiązać kontakt ze stroną radziecką.

Całymi latami nie miałam od Sowietów odpowiedzi, usiłowałam więc nawiązać kontakt za pośrednictwem Kongresu i Senatu, niestety także z marnym skutkiem. Dużym wyzwaniem było to, że wszystkie koszty musiałam pokrywać z własnej kieszeni. Rodzice pomagali mi w ten sposób, że mogłam mieszkać z nimi, więc nie musiałam płacić czynszu za wynajmowanie mieszkania. Nieustannie pisywałam do firm z magazynu "Fortune 500", szukając sponsora. Problem tkwił w tym, że nikt nie wierzył w to, iż strona radziecka wyrazi zgodę. Rodzina i przyjaciele próbowali osłabić mój upór. Nie potrafili zrozumieć, dlaczego projekt przepłynięcia Cieśniny Beringa był dla mnie tak ważny. Po części moje postanowienie brało się z przeświadczenia, że jeśli się poddam, resztę życia spędzę na dywagacjach, czy byłam w stanie dokonać czegoś, co miałoby jakieś znaczenie i
wywołałoby pozytywny oddźwięk na świecie. Poza tym poddając się, przekreśliłabym wszystkie swoje dotychczasowe osiągnięcia. W pewnym sensie moje starania o zdobycie zezwolenia i wsparcia dla przeprawy odzwierciedlały samo życie oraz kwintesencję pływania długodystansowego:
dopóki człowiek trzyma się i prze do przodu, ma szansę na sukces. Z chwilą gdy się poddaje, jest już po wszystkim.

Aby wzbudzić zainteresowanie moim projektem i sprawdzić swoją wytrzymałość, postanowiłam spróbować sił w przepłynięciu serii odcinków, okrążając świat w osiemdziesiąt dni. Pomysł polegał na tym, aby przepłynąć dziesięć najzimniejszych i najtrudniejszych zbiorników lub arterii wodnych na świecie. Sądziłam, że dzięki dobrej prasie, jaką miałam przez wiele lat, bez trudu uda mi się pozyskać sponsora dla tego przedsięwzięcia. Otrzymałam jednak bardzo niewielkie wsparcie. Częściowo dlatego, że poświęciłam tej sprawie zbyt mało czasu, a częściowo, jak twierdził mój ojciec, dlatego że byłam kobietą. Niezależnie od przyczyn, nie udało mi się pozyskać dostatecznego wsparcia dla projektu przepłynięcia dookoła świata. W końcu zapytałam siebie: Jak mają uwierzyć we mnie inni, skoro sama w siebie nie wierzę? Wyczyściłam swoje konto bankowe i wynajęłam Jeffreya Cardenasa, fotografa pracującego dla "Miami Herald", aby towarzyszył mi i udokumentował całą podróż. Wiedzieliśmy od samego początku, że czeka nas nie lada wyzwanie. Miałam ograniczone fundusze, więc przede mną stało trudne zadanie znajdywania sponsorów na trasie. Poza tym wiedziałam, że będę musiała załatwić łodzie, koordynować każdy odcinek, informować miejscową prasę, aby w ten sposób udokumentować wyprawę. Planowałam przepływanie kolejnego odcinka co cztery albo osiem dni, w zależności od rozkładu podróży oraz czasu potrzebnego na skoordynowanie działań i znalezienie sponsora.

Wyruszyliśmy w podróż. W Waszyngtonie przepłynęłam dziesięć mil w górę rzeki Potomac do pomnika Jeffersona. Stamtąd udaliśmy się z Jeffreyem do Islandii, gdzie zamierzałam przepłynąć jezioro Myvatn, trzecie co do wielkości jezioro w Islandii i jedno z najzimniejszych w tym kraju.

Nim dotarliśmy do Islandii, wiedziałam, że będę musiała postarać się o sponsoring jakiejś korporacji. W hotelu w Reykjaviku poznałam Amerykanina, który poinformował mnie, że w Islandii było pięć wielkich korporacji, między innymi Coca-Cola. Firma ta ma amerykańskie korzenie i jest nastawiona na konsumentów, więc postanowiłam spróbować. Wyciągnęłam książkę telefoniczną, znalazłam numer telefonu, wzięłam głęboki oddech i poprosiłam o rozmowę z prezesem, panem Peturem Bjornssonem. Nie było go w firmie, ale był wiceprezes do spraw sprzedaży. Czy chciałabym z nim rozmawiać? Zgodziłam się.

Wiceprezes powiedział, że porozmawia z panem Bjornssonem, a potem skontaktują się ze mną. Oddzwonił do mnie po południu i zapytał, czy mogłabym spotkać się z prezesem w jego biurze o dziesiątej rano następnego dnia.

Następnego ranka ubrałam się w czerwony dres z białymi pasami wzdłuż rękawów i nogawek. Przejrzałam się w lustrze i stwierdziłam, że wyglądam jak puszka Coca-Coli. O to właśnie chodziło.

Pan Bjornsson przywitał mnie w recepcji. Był bardzo wysoki i miał na sobie sportową marynarkę. Uśmiechał się serdecznie i mocno uścisnął mi rękę. Poprowadził mnie korytarzem do swojego gabinetu. Na jednej ze ścian wisiały jego zdjęcia z Jackiem Nicklausem, jak grają w golfa. Zaprosił mnie, abym usiadła w dużym skórzanym fotelu. Ściany udekorowane były obrazami. Na bocznych stolikach stały rzeźby z brązu. Jeden obraz przedstawiał białego gołębia z rozpostartymi skrzydłami, usiłującego wydostać się z ludzkiej klatki piersiowej.

Pan Bjornsson spostrzegł, że gapię się na obraz, i powiedział, że lubi wspierać miejscowych artystów oraz że wszystkie prace w jego gabinecie zostały wykonane przez artystów z Islandii. Artystka, która namalowała obraz z gołębiem powiedziała mu, że symbolizuje ją samą, jej emocje i pasje oraz że ukazuje jej starania o to, by uwolnić się od kanonów. Obraz był niesamowity i pomyślałam sobie: Jeśli on to rozumie, to z pewnością zrozumie i to, co ja chcę osiągnąć.

Opowiedziałam mu o swoich dotychczasowych osiągnięciach. Powiedziałam, że chcę przepłynąć jezioro Myvatn, ponieważ według zebranych przeze mnie informacji nikt dotąd nie podjął się tego wyzwania, ale również dlatego, że woda w jeziorze jest bardzo zimna, co mogłoby pomóc mi w przepłynięciu Cieśniny Beringa. Obiecałam, że dostarczę mu dane z moich poprzednich wyczynów w niskich temperaturach od fizjologów z USCB oraz od dr. Keatinge`a z uniwersytetu w Londynie. Powiedziałam również, że chętnie umieszczę logo Coca-Coli na czepku i poinformuję miejscowe media o jego wsparciu.

Rozmawiając z panem Bjornssonem, trochę się denerwowałam. Zdobycie korporacyjnego sponsora było niezwykle trudne, ponieważ niewiele osób rozumiało cel, jaki chciałam osiągnąć. Pan Bjornsson zrozumiał od razu. Pochylił się lekko do przodu i powiedział: Kontaktują się ze mną ludzie z całego świata. Nieustannie ktoś prosi mnie o wsparcie. Piszą o ekspedycjach balonem i tym podobne. Ale jedynie mówią o swoich planach, podczas gdy ty faktycznie coś robisz. Jestem pełen podziwu. Tak, oczywiście, zasponsoruję cię z przyjemnością. Jakiego wsparcia potrzebujesz?

Trzeba było pokryć koszt przelotu nad jezioro Myvatn, koszt wynajęcia łodzi eskortujących, zakwaterowania, wyżywienia i komunikacji przez pięć dni. Pan Bjornsson był bardzo miły i wyjaśnił, że pływanie jest narodowym sportem w Islandii, więc swoim wyczynem na pewno zwrócę uwagę mediów i pomogę rozreklamować jego produkty. Poza tym stwierdził, że ludzie zamieszkujący okolice jeziora Myvatn są podobni do Teksańczyków; podobnie jak oni uważają, że mieszkają w największym i najlepszym regionie kraju. Był przekonany, że miejscowi chętnie udzielą mi wsparcia, zaproszą do swoich domów i zapoznają nas ze swoimi tradycjami. Zapytał, czy jeszcze tego dnia byłabym skłonna spotkać się z prasą i kilkoma tutejszymi pływakami. Odpowiedziałam, że z przyjemnością podejmę się i jednego, i drugiego.

Następnego dnia spotkałam się z panem Bjornssonem na wybrzeżu Północnego Atlantyku. Przyjechał, żeby zobaczyć, jak trenuję. Nie miał pojęcia, jak bardzo cieszyłam się z jego obecności; znowu poczułam się, jak u siebie w domu, kiedy to podczas treningu ktoś z dorosłych chodził wzdłuż plaży. Gdy wyszłam na brzeg po godzinnym pływaniu w wodzie o temperaturze siedmiu stopni, pan Bjornsson powiedział, że dzień wcześniej dowiedział się o moim przyjeździe do Islandii, skrócił więc swój wyjazd służbowy po to, by móc spotkać się ze mną. On także był pełen entuzjazmu. Nie miał żadnych wątpliwości, że uda mi się przepłynąć jezioro Myvatn.

Polecieliśmy z Jeffreyem Cardenasem na północny wschód Islandii. Przez trzy dni trenowałam w jeziorze. Każdego dnia pewna starsza kobieta, której imienia nie byłam w stanie wymówić (w końcu powiedziała, żebym mówiła do niej Sigga), zapraszała mnie do siebie do domu, bym mogła się rozgrzać w gorącej wannie. Po pływaniu w siedmiostopniowej wodzie nie mogło mnie spotkać nic wspanialszego. Pierwszego dnia zaprosiła mnie na górę do kuchni, zapaliła długie niebieskie świeczki, podała kubek gorącej czekolady i poczęstowała ciasteczkami domowej roboty. Byłam jej niezmiernie wdzięczna i wzruszona jej dobrocią. Nie miało dla nas znaczenia to, że nie mogłyśmy się porozumieć; po prostu przyglądałyśmy się sobie i cieszyłyśmy się swoim towarzystwem.

Kiedy następnego dnia po treningu stałyśmy w oknie, z którego roztaczał się widok na całą wioskę, wskazała mi miejsce, gdzie znajdowały się gorące źródła. Pomachała do przechodzących sąsiadów i pokazała mi stado maleńkich białych koników islandzkich, które są jeszcze mniejsze od kucyków. Bez słów potrafiła ukazać mi naturalne piękno Islandii.

Sprawiała wrażenie, jakby na kogoś czekała. Rzeczywiście, niebawem pojawiła się jej córka, która znała angielski i mogła nam służyć za tłumacza. Powiedziała, iż jej matka uważa, że jestem niezwykle odważna, podejmując się przepłynięcia jeziora Myvatn. Sigga zapytała: Czy pogryzły cię maleńkie muszki? Miała na myśli komary.

- Myślałam, że mam jakąś wysypkę - powiedziałam. Całe ciało miałam pokryte różowymi cętkami, które piekielnie swędziały. - Czy dostanę tu jakiś środek na komary?

Sigga pokręciła głową. Powiedziała, że jej mąż zakładał rękawice, jak chodził na ryby nad jezioro, ale że nie słyszała o preparatach, które mogłyby przynieść mi ulgę.

Odpowiedziałam jej, że nie ma sprawy i że wspomnę o tym w swoim opisie z wyprawy przez jezioro Myvatn. Uśmiechnęła się; spodobało jej się to, że któregoś dnia opowiem o jej domu i wiosce, której nigdy dotąd nie opuściła. Byłam zdumiona. Czy nie była ciekawa świata? Czy nie miała nigdy ochoty poznać życia gdzie indziej i przeżyć jakieś przygody? Uśmiechnęła się do mnie i powiedziała, że miała wszystko, co było jej potrzebne do szczęścia. Miała rodzinę, piękne jezioro Myvatn i grono przyjaciół w wiosce. Podróże nie były jej potrzebne.

Następnego ranka, 14 sierpnia 1985 roku, spotkałam się z całą ekipą w Geiteyjarstónd, miejscowości znajdującej się po wschodniej stronie jeziora. Sovar Kristjansson, Finnur Baldursson, Ellert Hauksson i Bjorguin Arnalosson, wysocy i silni mężczyźni o nordyckiej urodzie z Islandzkiego Związku Ratownictwa szykowali pontony. Byli podekscytowani zadaniem. Nikt dotąd nie pływał w jeziorze, a co dopiero mówić o przepłynięciu całego. Wszyscy byli ochotnikami; ich głównym zajęciem było niesienie pomocy rybakom i turystom, którzy wpadli do jeziora.

Nieomalże wszyscy mieszkańcy wioski Myvatn przyszli, żeby nas pożegnać. Wzdłuż wulkanicznej plaży ustawiło się około trzydziestu osób, w tym rodzina, którą poznaliśmy poprzedniego wieczoru, oraz Sigga z córką. Wszyscy byli pootulani w kurtki i poubierani w czapki i rękawiczki. Zjawiła się również grupa dziennikarzy i ekipa telewizyjna. Dla miejscowych i dla mnie samej dzień ten był wielkim wydarzeniem.

Czternaście minut po dziewiątej zaczęłam wchodzić do jeziora Myvatn. Woda była lodowato zimna i sama czułam się jak sopel lodu. Kiedy zaczęłam płynąć, słyszałam oklaski i uśmiechnęłam się do siebie. Czułam się zaszczycona, że płynę w tym islandzkim jeziorze przy tak wielkim wsparciu miejscowej ludności. Mimo że nie spędziliśmy ze sobą zbyt wiele czasu, wierzyłam, że są tuż przy mnie i czułam, że łączy nas silna więź.

Sądzę, iż doskonale rozumieli, że moje osiągnięcia były dla mnie czymś więcej niż tylko przygodą; że były sposobem na zbliżanie do siebie kultur. Czułam się wyróżniona i mile widziana. Ich duchowa obecność podczas przeprawy była czymś wyjątkowym.

Temperatura wody w jeziorze była podobna do temperatury morza w Cieśninie Magellana i oscylowała w okolicy sześciu, siedmiu stopni, ale z niewyjaśnionych przyczyn słodka woda zawsze wydaje się zimniejsza od słonej. W prostej linii dystans przez jezioro Myvatn wynosił siedem mil i był prawie dwukrotnie dłuższy od tego, jaki miałam do pokonania w Cieśninie Magellana. Zimna woda i odległość, jaką miałam przepłynąć, były prawdziwym wyzwaniem.

Po mojej lewej stronie płynął Sovar wraz ze swoją załogą ratowników, a po prawej Jeffrey Cardenas, Arni Saeberg oraz kilku reporterów. Kierowaliśmy się w stronę wyłaniającego się z wody wulkanu Vindbelgur. Dotarcie do tego punktu powinno nam zająć około półtorej godziny. W tym miejscu jezioro jest najgłębsze. Jeśli nie będę miała oznak hipotermii, miałam zamiar przedłużyć trasę i dotrzeć do najszerszej części jeziora w pobliżu Vagnbrekka.

Po czterdziestu pięciu minutach płynięcia miałam zupełnie odrętwiałe ręce. Ekipa ratowników bacznie mnie obserwowała. Ranek był przepiękny i po gładkiej jak tafla lodu wodzie poruszaliśmy się z wielką sprawnością. Minęliśmy dwie maleńkie wysepki porośnięte soczystą zielenią. W tym miejscu doznałam niesamowitego uczucia. Woda nagle zmieniła się z lodowato zimnej w niemal gorącą - o temperaturze trzydziestu dwóch stopni. Przecinałam lodowate strumienie wpadające do jeziora z górskich potoków oraz wody rzek geotermicznych znajdujących się głęboko pod powierzchnią jeziora. Wyobrażałam sobie, że płynę po powierzchni gitary, gdzie każda struna, czyli strumień, ma inną temperaturę. Nigdy nie wiedziałam, czego się spodziewać, dopóki nie zetknęłam się z nią bezpośrednio, dostrajając do niej swoje ciało.

Kiedy natrafiałam na zimne strumienie, płynęłam szybciej, łapiąc oddech co trzy lub cztery wymachy i starając się w ten sposób wygenerować więcej ciepła. Kiedy przepływałam przez gorące pasma, zwalniałam. Jednak różnica między ciepłą a zimną wodą powodowała, że trudno mi było przystosować się do chłodniejszej temperatury, i miałam wrażenie, że zimna woda jest jeszcze zimniejsza.

Sovar zdawał sobie z tego sprawę i obserwował mnie bacznie przez cały czas. Przy nim i przy całej ekipie czułam się bardzo bezpiecznie i byłam szczęśliwa, że mi towarzyszą. W niecałe pół godziny dotarliśmy do wulkanu Yindbelgur i postanowiliśmy płynąć do drugiego punktu.

Oznaczało to wydłużanie dystansu o jedną trzecią, chciałam jednak spróbować swoich sił, tym bardziej, że miałam wsparcie całej załogi.

Kiedy minęliśmy wulkan Vindbelgur, zatrzymałam się na trzy sekundy, aby napić się soku, i przez następne pół godziny płynęłam sprintem. Solvar poprowadził mnie trasą obok białego domu na Vagnbrekka, a następnie wokół półwyspu Stekkjarnes. Zebrał się tam spory tłum: dzieci, dorośli, farmerzy z islandzkimi kucykami oraz rodziny, które poznaliśmy w ciągu ostatnich trzech dni. Wszyscy wiwatowali. Wulkaniczne nabrzeże znajdowało się w odległości zaledwie stu metrów. Kiedy ujrzałam dno, stanęłam na nogi. Ktoś wciągnął mi przez głowę niezwykle ciepły, przepiękny islandzki sweter, jakiś starszy mężczyzna ofiarował mi butelkę whisky, a burmistrz zaprosił Jeffreya i mnie na lunch. Udało mi się przepłynąć jezioro w czasie krótszym niż dwie godziny, i wszyscy byli tym zachwyceni.

Było mi jednak strasznie zimno.

Ktoś podwiózł nas na miejscowy basen, gdzie wskoczyłam do wody, żeby się rozgrzać. Popełniłam wielki błąd. Temperatura wody w basenie wynosiła dwadzieścia siedem stopni, podczas gdy temperatura mojej skóry tylko około jednego stopnia. Różnica temperatur spowodowała, że skóra zaczęła mnie wręcz palić. Najgorsze było to, że krew z kończyn szybko przepłynęła do wnętrzności i nagle poczułam chłód od wewnątrz i od zewnątrz. Rozgrzanie zajęło mi dwa razy więcej czasu niż po przepłynięciu Cieśniny Magellana. Wszyscy jednak uczymy się na błędach i wiedziałam, że już nigdy czegoś takiego nie powtórzę.

Wieczorem świętowaliśmy z mieszkańcami Myvatn w domu jednego z mieszkańców wioski, który z tej okazji wydał wspaniałą kolację.

Następnego ranka wylecieliśmy do Reykjaviku i spotkaliśmy się z Peturem Bjoornssonem. Był zachwycony i powiedział, że swoim wyczynem poruszyłam serca zwykłych ludzi. Dodał, że w oczach Islandczyków byłam bohaterką i że przez długie lata będą wspominać to, co zrobiłam. Powiedziałam, że zawsze będę o nich pamiętać oraz że nikt nie osiąga wielkich rzeczy w pojedynkę.

Wyruszyliśmy z Jeffreyem w dalszą podróż. Mając wsparcie ekipy na Gibraltarze zostałam pierwszą kobietą, która przepłynęła Cieśninę Gibraltarską z Afryki do Europy. Następnie przy pomocy Włochów przepłynęłam Cieśninę Messyńską. Stamtąd udaliśmy się do Grecji, gdzie opłynęłam wyspę Delos, następnie przepłynęłam cieśninę Bosfor w Turcji, jezioro Kumming w Chinach oraz pięć jezior przy Fudżi w Japonii. Każdy z tych wyczynów był wielkim wyzwaniem, jak również wspaniałym i niezapomnianym przeżyciem. Jednak spośród wszystkich dystansów, jakie pokonywałam podczas swojej trasy dookoła świata, najbardziej dramatycznym oraz najważniejszym pod względem przygotowań do przepłynięcia Cieśniny Beringa była czekająca mnie przeprawa przez Zatokę Lodowcową (Glacier Bay).

Przepłynięcie jeziora Myvatn kosztowało mnie sporo wysiłku i zmusiło do zaciśnięcia zębów z powodu panującego zimna. Najważniejsze jednak było to, że byłam w stanie wytrzymać w wodzie o temperaturze siedmiu stopni przez prawie dwie godziny. Teraz nasuwało się pytanie, czy wytrzymam krócej, ale za to w jeszcze zimniejszej wodzie. Odpowiedź na to pytanie miała mi dać próba przepłynięcia Zatoki Lodowcowej na Alasce.


 

Dzienniki spisane podczas próby przejścia przez Gujanę Francuską. Samotna walka o przetrwanie...



 
eduks.pl